Z PODROŻY SNARKA
Jack London
Z PODROŻY SNARKA
POCZESNE MIEJSCE U STOŁU OBFITOŚCI
Gdy pojawiali się nieznani przybysze, każdy z męż-
czyzn usiłował pozyskać przyjaźń jednego z nich i za-
prowadzić do własnego domu, gdzie okoliczni miesz-
kańcy traktowali go z największą serdecznością,
sadzając na pierwszym miejscu i częstując obficie
najlepszym jadłem.
Studium obyczajów w Polinezji
Snark stał na kotwicy u brzegu wyspy Raiatea, naprzeciw wioski Uturoa. Zawinęliśmy tam poprzedniego wieczora o zmroku i przygotowywaliśmy się do pierwszej wizyty na lądzie. Wczesnym rankiem dostrzegłem malutką pirogę z przeciwważnicą i zgoła nieprawdopodobnym żaglem rozprzowym, mknącą po powierzchni laguny. Piroga przypominała kształtem trumnę; było to po prostu koryto wyżłobione w pniu drzewa, długie na czternaście stóp, o szerokości co najwyżej dwunastu i głębokości mniej więcej dwudziestu czterech cali. Nie było ociosane, tyle tylko że zaostrzone na obu końcach. Piroga miała boki prostopadłe. Pozbawiona przeciwważnicy przewróciłaby się w mgnieniu oka. Przeciwważnicą utrzymywała ją w pozycji pionowej.
Wspomniałem, że żagiel pirogi był zgoła nieprawdopodobny. To nie przesada). Nie należał do zjawisk, które trzeba zobaczyć, aby w nie uwierzyć; nie można było w to zjawisko uwierzyć, nawet oglądając je na własne oczy. Wysokość żagla i długość bomu były dostatecznie przerażające; jakby nie dość na tym, konstruktor nadał żaglowi niezwykłą szerokość u góry. Górna część żagla była tak wielka, że nawet pod naporem normalnej bryzy złamałaby każde rozprze . Do pirogi przymocowano więc drzewce wystające nad wodą za rufą. Do tego drzewca przywiązany był rodzaj baksztagu. W ten sposób dolny brzeg żagla naciągało się za pomocą szotu , a górny koniec rozprza za pomocą baksztagu.
Nie było to zwykłe czółno ani zwykła piroga, lecz żaglówka. Aby żeglować na niej, trzeba balastować ciężarem ciała i mieć duże doświadczenie. Obserwowałem, jak piroga szła ostro pod wiatr w stronę wsi. Samotny żeglarz siedział na skraju przeciwważnicy, wybierając żagiel lub wypuszczając z niego wiatr przy silniejszych podmuchach.
— Jedno jest pewne — orzekłem. — Nie ruszę się stąd, zanim nie wypróbuję tej pirogi.
Wkrótce potem Warren zawołał z trapu: — Jest tu właśnie piroga, o której mówiłeś.
Wyskoczyłem na pokład i powitałem właściciela łodzi, wysokiego, smukłego Polinezyjczyka, o szczerej twarzy i jasnych, błyszczących, inteligentnych oczach. Ubrany był w szkarłatną przepaskę biodrową i słomiany kapelusz. W rękach miał podarki. — rybę, sporą wiązkę zielonych jarzyn i kilka olbrzymich bulw yamu. Podziękowałem za to wszystko uśmiechem (w odległych zakątkach Polinezji uśmiech jest nadal cenną monetą obiegową), wielokrotnie powtórzyłem słowo „mauruuru (co w narzeczu Tahiti znaczy „dziękuję) i za pomocą gestów dałem mu do zrozumienia, że chciałbym przejechać się jego pirogą.
Twarz zajaśniała mu radością i wymówił jedno tylko słowo „Tahaa, odwracając się równocześnie i wskazując wysokie, spowite w chmury szczyty na wyspie odległej o trzy mile, zwanej Tahaa. Dęło w stronę wyspy, więc w powrotnej podróży czekała nas żegluga wprost pod wiatr. Nie zamierzałem płynąć na wyspę Tahaa. Miałem doręczyć listy na Raiatea i odwiedzić paru urzędników, a ponadto Charmian przygotowywała się właśnie w kajucie do wyjścia na ląd. Stanowczymi gestami wytłumaczyłem właścicielowi pirogi, że nie pragnę nic więcej, jak tylko krótkiej przejażdżki po lagunie. Na twarzy jego odmalowało się rozczarowanie, lecz zgodził się z uśmiechem.
— Chodź, popływamy trochę — zawołałem do Charmian — ale włóż kostium kąpielowy, zmokniemy na pewno.
To było nierzeczywiste.